Strony

niedziela, 20 grudnia 2015

Kraina - PROLOG - Babcia i klucz

Hej i witajcie ludziki! <3
Tak, tak zmienna ja, wiem, ale obiecuję, że już ostatni raz zmieniam koncepcję opowiadania.
Przepraszam, że długo nic nie było, ale teraz trzeba się spiąć, bo w końcu będzie trochę wolnego ♥.
Dobra nie przedłużajmy i zaczynajmy! ;p
~ Elaila
****
Zastanawialiście się kiedyś jak coś może się zmienić w ułamku sekundy? Jakoś nigdy nie przywiązujemy do tego zbyt wielkiej wagi, prawda? Zdajemy sobie z tego sprawę dopiero, gdy nastanie moment, w którym życie zaskakuje najbardziej.
         
          Pamiętam jakby to było wczoraj: Jak każdego lata przyjechałam do babci, codziennie spędzałyśmy czas w jej ogrodzie, na naszej ławce pod wierzbą. Uwielbiałam słuchać historii o Żywiołowym Królestwie, w którym żyją postacie władające mocami żywiołów. Zawsze wyobrażałam sobie, że ja także tam mieszkam i wsłuchana w słowa babuni niczym w kapanie strumyka,  czułam jakby w powietrzu unosiły się czary. W końcu jednak nasza bańka magii pękła, w ostatnie wakacje jakie u niej spędziłam, bo ciężko zachorowała. Odwiedzałam ją w każdy weekend, bo szkoła, dzwonić nie mogłam, bo miała problemy ze słuchem. Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie, jej wzrok również znacznie się pogarszał, zauważyłam też, że gdy myślała, że nie patrzę zwija się z bólu, lecz nic nie mówiłam. Chciałam po prostu wykorzystać czas, który nam pozostał. Miałam z nią lepsze stosunki niż z matką czy ojcem. Od malucha to babcia mnie wychowywała, ponieważ rodzice wiecznie zajęci byli pracą i nigdy nie mieli dla mnie czasu. Ona była jedyną, która zawsze miała go dla mnie pod dostatkiem. Jedynego przyjaciela poznałam tylko dzięki babci, ale innych nie miałam, nie zaznałam też tego co znaczy mieć prawdziwych rodziców...
          Moje serce pękało już od momentu rozpoczęcia choroby babci, ale gdy było już na tyle źle, że trafiła do szpitala załamałam się, odeszła na zawsze. Dzień, w którym się o tym dowiedziałam zapowiadał się normalnie. Był to tylko kolejny piątek. Obudziłam się przez kolejną kłótnię rodziców.  Leżałam w bezruchu zanurzona w cieple łóżka, aż skończyli. Codziennie brzmiało to tak samo, mniej więcej tak:
     mama: Jesteś najbardziej nieodpowiedzialna osobą jaką znam!!!
     tata: Znowu to jest moja wina?! Myślisz, że to takie łatwe pogodzić pracę z rodziną?! A ty to co?
     mama: Nie mówimy o mnie!
     tata: Przestań w końcu, kobieto!
     mama: Och, wybacz, ALE JA NIE JESTEM ZDRADZIECKĄ ŚWINIĄ!!!
     tata: To był tylko raz!
     mama: Dobra skończmy już, bo Evangeline usłyszy...
          Gdy w końcu skończyli, podniosłam się z łóżka, ubrałam czarne rurki, biały T-shirt i mój ukochany, długaśny, szary sweterek, który dała mi babcia w moje trzynaste urodziny.  Później uczesałam koka i zeszłam na dół.  Rodzice jak zwykle przywitali się ze mną, a potem więcej nie odezwali. Zrobiłam sobie śniadanie i ubrawszy puchatą kurtkę oraz czarne botki, wyszłam z domu. Zawsze wychodziłam dużo wcześniej, żeby móc iść okrężną drogą. Mijałam wtedy opuszczone gospodarstwo, w którym zadomowiło się pełno bezpańskich psiaków. Do tej pory uwielbiam się z nimi bawić, często też przynoszę im jedzenie i opatruje jeśli, któreś się zrani, zazwyczaj w drodze di szkoły, jednak zakładałam słuchawki i rozmyślałam o swoim życiu.
          Zanim się obejrzałam byłam już przed bramą szkoły. Jak zwykle wszyscy się na mnie patrzyli i szeptali. Wiecznie mówili o jednym: "Trevor jest taka świetna we wszystkim pewnie dlatego, że jej rodzice ją nadziani." Ich podejście do mnie było i zawsze będzie po prostu śmieszne. Mówią coś o czym nie mają pojęcia.
          Gdy zdzwonił dzwonek weszłam do klasy, która przygotowana została już na Boże Narodzenie, gdyż była to końcówka listopada, i usiadłam na swoim miejscu, na końcu przy oknie, po czym zapatrzyłam się w padający za nim deszcz.
     - Trevor Evangeline? - powiedział nauczyciel. - Trevor Evageline!!!
          Wtedy się ocknęłam i podniosłam rękę,  nauczyciel tylko przytaknął. Pan od fizyki jako pierwszą do tablicy wybrał mnie, zawsze tak było,  ale zanim zdążyłam podnieść się z krzesła, do klasy wbiegła zdyszana dyrektorka w swojej śliwkowej marynarce i spódnicą do kompletu. Była to szczupła, niska kobieta z krótkimi siwymi włosami. Szukała czegoś wzrokiem, który zatrzymał się na mnie.
     - Trevor, chodź ze mną, SZYBKO! - zawołała w pośpiechu. Przytaknęłam, słysząc niemiłe szepty na mój temat i wybiegłam za nią z sali. Korytarz był świeżo wyremontowany, czuć było jeszcze zapach farby, ale nie obchodziło mnie to, byłam ciekawa co dyrektorka chce mi przekazać.
          Gdy znajdowałyśmy się już w gabinecie pełnym śliwkowych ozdóbek, chodziła przez moment od ściany do ściany.
     - Mam dla ciebie złą wiadomość. - rzekła zatrzymując się i nie patrząc na mnie.
     - Słucham, proszę pani.
     - Twoja babcia trafiła do szpitala. - Powiedziała siadając za biurkiem i w tym momencie nogi się pode mną ugięły.
     - Czy ona... czy ona... - zająknęłam się.
     - Niestety więcej mi nie powiedzieli. Wiem jednak, że jest dla ciebie ważna, dlatego natychmiast tam pojedziesz.
     - Dziękuję! - Po tych słowach jak poparzona wybiegłam z gabinetu, chwyciłam kurtkę z metalowego wieszaka w szatni, zarzuciłam plecak i pobiegłam na przystanek nie rozglądając się wokół.
          Miałam szczęście, bo autobus, który stał, akurat zatrzymywał się obok szpitala, do którego trafiła babcia. Dowiedziałam się tego z SMS'a od pani dyrektor. Po jakiś dwóch godzinach jazdy dotarłam do szpitala w Scraffild. Była to dość duża placówka, widać też, że świeżo po remoncie, bo dało się zauważyć, jak nowe było to wszystko w środku. Gdy weszłam, pierwsze co zrobiłam to poszłam do recepcji.
     - Przepraszam, podobno trafiła tutaj Virginia McClever. - zwróciłam się do pani za szybką.
     - A z kim mam przyjemność? - zapytała na wpół podejrzliwie i ironicznie recepcjonistka.
     - Evangeline Trevor, wnuczka tej pani.
Kobieta zmarszczyła brwi, po chwili wstała z miejsca i gestem ręki wskazała mi lekarza stojącego tuż obok. Wywnioskowałam z tego, że mam pytać jego, dlatego podeszłam i rzekłam:
     - Przepraszam, dzień dobry, podobno trafiła tu dzisiaj Virginia McClever, prawda?
Lekarz się odwrócił. Był ode mnie wyższy o głowę, ale wszędzie poznałabym tę twarz i on najwyraźniej też mnie rozpoznał.
     - Evangeline? - zapytał niepewnie, a ja pokiwałam głową.
     - Dawno się nie widzieliśmy, widzę, że urosłeś w końcu Xavier. - ("Ksawier") Xavier to tylko dwa lata ode mnie starszy, czyli osiemnastoletni chłopak, który jest tak mądry, że naukę studencką zakończył w wieku lat czternastu i został najmłodszym lekarzem w odrębnie naszego kraju. Poznaliśmy się dziesięć lat temu u mojej babci, kiedy przeprowadził się z mamą z Francji, ale nie wiedzieliśmy się z dobre pięć.
     - Jak widać. - zaśmiał się. - A ty za to zmalałaś.
Uśmiechnęłam się, ale natychmiast spoważniałam i zapytałam:
     - Wiesz co z moją babcią?
Wyciągnął rękę i kiwnął głową w kierunku długiego korytarza. Podałam mu dłoń i poszliśmy na przód. Minęliśmy chyba z milion drzwi, a wszystkie wyglądały jednakowo, białe z malutkim okienkiem przez, które widać było szpitalne łóżka. Panował też ogromny zamęt, każdy uwijał się jak mrówka, to położna przebiegała, to przejeżdżało łóżko i tak w kółko. Ale dziwiło mnie jedno, to, że każdy mijający nas człowiek mówił Xavierowi "Dzień Dobry" i patrzył się na mnie z dziwacznym uśmieszkiem, wiedziałam o co im chodzi.
          W końcu zatrzymaliśmy się przed wielkimi szklanymi drzwiami z napisem OIOM, czyli Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Po chwili zorientowałam się, że ścisnęłam mocniej dłoń Xaviera i podjęłam próbę rozluźnienia jej, lecz nie potrafiłam. Serce waliło mi jak młotem.
     - Nie denerwuj się.
     - Wiem.
Zaczęłam lekko drżeć na myśl, że mogę już nigdy nie zobaczyć babci. Xavier to zauważył i pchnął drzwi za mnie. Zrobiliśmy krok do przodu i w ciemnym korytarzu weszliśmy do pierwszej sali po lewej.
          Zobaczyłam ją. Leżała nieruchomo. Xavier puścił moją rękę i podszedł do jej łóżka.
     - Jak się pani miewa? - zapytał delikatnie, a ja stanęłam obok niego. - Proszę zobaczyć kto przyszedł.
    Uśmiechnęła się z trudem, a z moich oczu popłynęły łzy.
     - Tak, babciu..... To ja... - rzekłam, przytuliłam ją i na dobre się rozpłakałam ze szczęścia. Poczułam jak Xavier kładzie mi dłoń na ramieniu. Wstałam i pocałowałam go w policzek, musiałam nawet stanąć na palcach.
     - Dziękuję. - powiedziałam ocierając łzy.
     - Kiedyś to ja ci tak dziękowałem. - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. - To już pójdę, a jeśli złapie cię tu jakiś lekarz, powiedz, że masz pozwolenie dr. Duina. - kiwnęłam głową, a on opuścił salę.
          Po chwili usiadłam obok babci i głaskałam ją po dłoni, nucąc jej naszą wymyśloną piosenkę.
     - Uwielbiam jak śpiewasz... - powiedziała cicho.
     - Kocham cię, babciu.
     - Ja, ciebie też.....
          Przez jakiś czas nuciłam jeszcze babci melodię dopóki nie zasnęła, a potem, nawet nie wiem kiedy, dołączyłam do niej, zapadłam w sen.
          Obudziło mnie jakieś głośne pikanie. W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje. Najpierw spojrzałam przed okno, było już bardzo ciemno, potem na zegar, dochodziła druga w nocy, a kiedy spojrzałam na kardiomonitor wszystko stało się jasne. Moje serce zatrzymało się na chwilę, ale kiedy odzyskałam świadomość, zerwałam się i pobiegłam przez korytarz niesiona jak przez wiatr. Nie wiem jak, ale znalazłam gabinet Xaviera, który najwyraźniej kończył już zmianę. Otworzyłam drzwi na całą szerokość i nie umiejąc się wysłowić, wydusiłam tylko:
     - Babcia.... Kardiomonitor....
Ale on dokładnie wiedział o co mi chodzi. Zrzucił kurtkę i pobiegliśmy w stronę innego gabinetu. Xavier zbudził połowę lekarzy, którzy zabrali babcię na salę operacyjną. Ja musiałam zostać. To wszystko działo się tak szybko, że operacja wydawała się trwać w nieskończoność.
          Gdy było dokładnie za piętnaście siódma rano, wyszedł jakiś starszy lekarz, a w moim sercu znów pojawiło się światło. Ale kiedy podszedł, powiedział nie patrząc mi w oczy: - "Przykro mi." - po czym odszedł.
          Kolejny raz w ciągu 24h zaczęłam płakać, ale tym razem nie ze szczęścia. Moje życie się skończyło. Już nigdy nic nie będzie takie samo.
          Było dość późno jak na porę szpitalną, ale korytarz, w którym czekałam był zupełnie pusty, dlatego mój szloch odbijał się gromkim echem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś mnie tak zabolało, być może był to pierwszy raz. Leżałam skulona na niewygodnym, pomarańczowym siedzeniu, które wydawało się być szare, jak wszystko wokół. Nic nie miało już barw w moich oczach. Niedługo przyszedł Xavier, usiadł obok mnie, co mnie uspokoiło. Zastanawiał się nad czymś chwilę, a potem objął mnie ramieniem. Podniosłam twarz i dostrzegłam na jego policzkach ślady po łzach, dlatego położyłam mu głowę na ramieniu. On jako pierwszy przerwał milczenie:
     - Na moment się udało i kazała ci coś dać.
     - Co takiego? - zapytałam nadal trzymając głowę na jego ramieniu. Włożył rękę w kitel i wyciągnął jakiś kluczyk z wewnętrznej kieszeni.
     - To. - rzekł obracając przedmiot w rękach, a następnie mi go podając.
     - Powiedziała do czego to jest?
     - Niestety, ale jej ostatnie słowa brzmiały: "Daj go Evangeline, będzie wiedziała co zrobić."
     - Co?
     - Sam chciałbym się ciebie o to spytać.
Przez chwilę uważnie przyglądałam się malutkiemu kluczykowi, po czym schowałam go do kieszeni kurtki i powiedziałam:
     - Przeniosę się tutaj, do domu babci i odkryję co miała na myśli.
Xavier wybałuszył na mnie oczy i mimo że się nie odezwał, zrozumiałam co chciał przekazać.
     - Nie Xavier, nie żartuję, zresztą, i tak cały grudzień mam wolne.
     - Ale twoi rodzice...
     - Myślisz, że się zmielili?! - przerwałam mu. - Jeśli tak, to się mylisz.
Xav zwiesił głowę, a ja wstałam, uniosłam rękę w geście pożegnania i poszłam pustym korytarzem zastanawiając się co będzie dalej.
         Gdy wyciągnęłam rękę, żeby otworzyć drzwi, Xavier zagrodził mi drogę i wykrztusił zdyszany:
     - Pomogę ci.
     - Co? - zapytała krótko z niedowierzania.
     - Pomogę ci z rozwiązaniem zagadki, bo przecież i tak mieszkam na przeciwko domu pani Virginii, co nie?
     - Dziękuję. - powiedziałam tłumiąc okrzyk radości i rzuciłam mu się na szyję, przez co prawie wylądowaliśmy na ziemi.
     - Nie za wcześnie na czułości panie doktorze? - zapytał jakiś głos.
     - Pan ordynator! - zawołał speszony Xavier.
     - Doszły mnie słuchy, że nareszcie sobie kogoś znalazłeś. - zaśmiał się starszy pan,  Xavier spłonął rumieńcem i spojrzał na mnie.
Xav był tak zajęty tłumaczeniem szefowi, że jestem tylko przyjaciółko, że nie zauważył jak krztuszę się śmiechem jednocześnie płacząc.  
     - Chodź Eve, odwiozę cię. - powiedział Xavier.
     - Okej. - odpowiedziałam.
     - To poczekaj przy aucie. - rzekł,  wzięłam oddech, żeby zapytać jaki to samochód, ale zdążył mnie wyprzedzić. - Czarny Opel, stoi na tyłach.
     - Spoko, to widzimy się zaraz.
          Spotkaliśmy się przy aucie.  Całą drogę wspominaliśmy dzieciństwo, a za każdym razem kiedy wymienialiśmy słowo "babcia" albo "pani Virginia" oboje płakaliśmy i śmialiśmy się jednocześnie. Gdy stanął przed moim domem otarłam łzy, pożegnałam się i wyszłam.
          W domu nikogo nie było. Kiedy weszłam do kuchni zauważyłam karteczkę, było na niej napisane: "Jesteśmy na wyjeździe służbowym, w razie czego jedz do babci, zostawiam ci pieniądze na tydzień a w każdy następny piątek będę ci przelewać na konto".
     - Zostawili mnie.... Mają mnie gdzieś, jak zawsze...- powiedziałam do siebie. Po czym podarłam karteczkę i pobiegłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam z szafy dwie walizki i spakowałam wszystkie swoje rzeczy.  Potem znów wpadłam do kuchni, zgarnęłam do portfela pieniądze, które zostawiła mi mama i opuściłam dom, dom, którego nie chcę, albo i nawet nie umiem nazwać domem.
          Poszłam na przystanek, a gdy wsiadłam do autobusu kupiłam bilet i zajęłam miejsce. Napisałam jeszcze SMS'a do Xaviera, że będę czekać w domu babci.
          Przez resztę drogi znów rozmyślałam o kluczyku, który spoczywał na dnie kieszeni mojej kurtki i postanowiłam, że nic nie powstrzyma mnie przed rozwiązaniem tej zagadki. Nic ani Nikt.

piątek, 21 sierpnia 2015

Info 1#

Hej i witajcie! ;)

Od teraz starała się będę dodawac rozdziały co najmniej dwa razy w miesiącu (oczywiście jeśli moja wredna, często wyczerpująca się wena na to pozwoli xD).

 Będziecie mogli zobaczy tu one-shoty oraz różne, magiczne opowiadania.

To wszystko na teraz, więc jeśli macie pytania zachęcam do pisania komentarzy. :)
                               Papatki ;**