Strony

niedziela, 20 marca 2016

Kraina Cudów - Rozdział III - Babcia

*****
Hej, hej! :)
Tak, niedługo Wielkanoc, a ja dopiero o Wigilii będę pisać, ale lepiej późno niż wcale, prawda?
Dobrze, więc nie przedłużajmy i zaczynajmy! ♥
*****

Czemu tu jest tak jasno? - zapytałam samą siebie orientując się, że tkwię w labiryncie.
"Evangeline".... - Rzekł spokojnie jakiś znajomy głos, odbijając się echem. - "Evangeline".....
Zaczęłam kroczyć za głosem. Mimo, iż każdy zaułek był identyczny, zdołałam odnaleźć źródło dźwięku. Gdy przekroczyłam wielkie białe drzwi ze złotymi zdobieniami, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Stała po środku zielonego kręgu, ubrana w biało-niebieską długą suknię i patrzyła na mnie swoimi roześmianymi oczyma. Poczułam łzy w oczach.
"Jak sen może być tak prawdziwy?" - pomyślałam.
Babcia rozłożyła ramiona, a ja podbiegłam ile sił, żeby móc ją przytulić.
- Chciałabym, aby ta chwila trwała wiecznie.... - rzekłam załamującym się szeptem.
Poczułam jak babcia głaszcze mnie po głowie, tak jak wtedy kiedy miałam sześć lat.
- Jestem z ciebie dumna, kochanie. - powiedziała babcia, a jej słowa powtórzyło echo. - Znalazłaś pierwszy klucz.
- Xavier mi pomógł.
- Wiem.
- Babciu?
- Tak, skarbie?
- Gdzie mam szukać pozostałych kluczy?
Babcia na moment umilkła, a potem rzekł spokojnie:
- Tam gdzie radość utraciłaś, tam gdzie samotna się czułaś, tam gdzie w sen bałaś się zapaść, znajdziesz to czego szukasz.
Po tych słowach pocałowała mnie w czoło i poczułam, że jej ciało staje się przeźroczyste.
Nie mogłam wykrztusić nic innego jak: "Zostań ze mną...", a łzy płynęły coraz szybciej i mocniej. Postać zaczęła się ode mnie oddalać, więc zaczęłam za nią biec. Niestety bez skutku.
- Wierzę w ciebie. - powtórzyło echo.
***
Gdy otworzyłam oczy zorientowałam się, że leże na ziemi w kokonie z pierzyny. Podniosłam się i podeszłam do okna. Świtało. Od zawsze lubiłam patrzeć na wschód słońca, jakoś uspokajało mnie to. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi, więc zbiegłam po schodach na dół, zarzuciłam na piżamę puchatą bluzę i otworzyłam.
- Dzień Do... - urwał listonosz. - Wszystko w porządku?
- Słucham? - zapytałam lekko zdziwiona.
- Ma pani wilgotne policzki, ale proszę wybaczyć wścibskość.
Dotknęłam policzka. Mówił prawdę, moja twarz była mokra. Uśmiechnęłam się i przecierając oczy rękawem bluzy.
- Nie szkodzi, to po prostu taki dzień.
Listonosz odwzajemnił uśmiech i podał mi listy, po czym pożegnał się i pomaszerował do domu obok.
Zaczęłam przeglądać koperty i wyliczałam w myślach: rachunek za wodę, rachunek za ogrzewanie, rachunek za prąd i... listy od rodziców.
Nim zdążyłam skierować się do salonu, znów pomyślałam o zagadce.
"Tam gdzie radość utraciłaś, tam gdzie samotna się czułaś, tam gdzie w sen bałaś się zapaść, znajdziesz to czego szukasz". No przecież! Dom rodziców. Chwyciłam komórkę i już chciałam wykręcać numer do Xaviera, ale przypomniałam sobie, że pracuje i nie chciałam zawracać mu głowy.
W salonie usiadłam na staroświeckiej kanapie i zaczęłam czytać listy od rodziców. Oboje życzyli mi wesołych świąt i pytali czy wszystko w porządku. Kiedy skończyłam wzięłam laptopa i zapłaciłam rachunki, a potem po ubraniu się poszłam pomóc pani Duin.
Dom Xaviera był niewiele mniejszy od domu babci, ale umeblowanie było znacznie nowocześniejsze. Wspólnym aspektem była biel.
- Dzień dobry. - powiedziałam wchodząc do kuchni, gdzie już pachniało.
- Cześć Evangeline! - zawołał radośnie Marko targając mi włosy. - Ale wyrosłaś.
Ojczym Xaviera, Marko, to chudy mężczyzną z pociągłą i sympatyczną twarzą.
- Tylko trochę. - zaśmiałam się i zwróciłam do pani Duin. - To w czym pomóc?
- Upiekłabyś swojego makowca? Bo mi nigdy nie wychodzi.
- Potwierdzam! - powiedział z udawanym żalem Marko.
- Jasne, jasne.
Związałam włosy w kucyk, ubrałam fioletowy fartuch i zajęłam się ciastem. Gdy moje dzieło znalazło się w piekarniku, przygotowałam gorącą czekoladę.
- Gotujesz lepiej niż moja żona. - stwierdził z aprobatą Marko.
- Choć raz w życiu masz rację. - zaśmiała się pani Duin i pocałowała męża w policzek. Poczułam jak ściska mnie w żołądku, moi rodzice nigdy się tak nie zachowywali, a tu czułam się kochana i bezpieczna. Po wyłączeniu piekarnika stwierdziłam, że już czas wrócić do domu, ale zatrzymała mnie pani Duin.
- Właśnie mi się przypomniało, że mam z mężem rezerwację w restauracji, więc zostałabyś i przygotowałabyś farsz do ryby?
Wiedziałam, że chcieli spędzić trochę czasu razem, więc się zgodziłam. Chwilę później zaczęłam robić to o co mnie poproszono. Zajęło mi to więcej niż sądziłam. Była już czwarta po południu i zmierzchało. Już chciałam wychodzić kiedy usłyszałam kichnięcie. Poszłam z powrotem do kuchni i znowu to samo. "Xavier" - pomyślałam. Wzięłam kubek podgrzanej czeklodady, skierowałam się schodami w górę i weszłam do jego pokoju.
- Hej choruszku. - przywitałam się.
- Och, cześć. - chrypał Xavier. - Myślałem, że jestem sam.
- Twoja mama i Marko są w restauracji.
Podeszłam do jego łóżka i przysunęłam sobie krzesło.
- Czekolady? - zaproponowałam podając mu kubek.
Xavier kiwnął głową przyjmując kubek. Kiedy on spokojnie pił, wyciągnęłam rękę, żeby sprawdzić czy nie ma gorączki, ale dla pewności wyjęłam z jego teczki termometr.
- No nieźle, masz 38,5.
Xav odstawił pusty kubek, a ja wyciągnęłam z szafy czystą koszulkę i podałam mu. Potem otuliłam go porządnie kocami, pocałowałam w czoło i wyszłam jak tylko zasnął. "Zupełnie jak dziecko" - pomyślałam.
Kiedy wyszłam z domu Xaviera zdałam sobie sprawę, że nie mam dla nikogo prezentu, więc pobiegłam do najbliższego większego sklepu i każdemu coś znalazłam.
W domu cały wieczór myślałam o zagadce i o tym, że muszę wrócić do tamtego miejsca, ale na szczęście myśli o spotkaniu z babcią mnie uspokoiły i zasnęłam.

sobota, 9 stycznia 2016

Kraina - rozdział II - Zamek w kształcie liścia

****
Hello it's me meine Freunde!
Tak to znów ja przychodzę z rozdziałem ;p
Miłego czytania!
~ Elaila
****

           Czas mijał naprawdę szybko i postanowiłam, że pora zakończyć czas żałoby, babcia by pewnie nie chciała żebym chodziła smutna. Niestety nie miałam wolnego w nowej szkole tak jak zapowiedziano w poprzedniej i musiałam czekać aż do przerwy świątecznej, żeby jakoś zająć się zagatką. Wielkiej różnicy nie było. Większość ludzi traktowało mnie jakbym była powietrzem, a reszta szeptała za moimi plecami. Tym razem powodem plotek był Xavier, który raz odwiózł mnie do szkoły, ale po rozpowszechnieniu się niemiłych komentarzy poprosiłam go, żeby więcej tego nie robił. Plotki dotyczyły też tego, że przeniosłam się do innej placówki pod koniec semestru. Na początku sama się temu dziwiłam, ale w końcu moja była pani dyrektor załatwiła mi dobrą reputację. Nie poszło jej to trudno, gdyż jej mąż jest tam akurat dyrektorem i nie miałam się czym martwić. Pocieszałam się tym, że nie mówili o moich rodzicach, troszeczkę mi ich nawet brakowało.
          W końcu przyszedł tak wyczekiwany przeze mnie siedemnasty grudnia, który rozpoczynał przerwę świąteczną. Rano zerwałam się z łóżka wcześniej niż zdążyła przyjść pani Duin, żeby sprawdzić czy niczego nie potrzebuje. Przychodziła tak prawie codziennie. Mama Xaviera to czterdziestoletnia kobieta o czarnych, do ramion ściętych włosach, świetnej figurze i cerze, którą odziedziczył jej syn. Przy nich moja ma odcień bieli. Gdybym spotkała mamę Xaviera po raz pierwszy na ulicy, nigdy nie powiedziałabym, że ma czterdzieści lat.
          Gdy zobaczyła mnie tak wcześnie schodzącą po schodach, zrobiła strasznie zatroskaną minę, oparła się o ciemnobrązową futrynę i głęboko westchnęła.
     - Jak ten czas leci, a dopiero co zaczynałaś szkołę podstawową... - rzekła z delikatnym francuskim akcentem, a ja nieśmiało się uśmiechnęłam i poszłam do kuchni. Jak zwykle zrobiłam jej herbatę i zajęłam się robieniem śniadania.
     - Xavier wziął sobie dzisiaj wolne i jest dziwnie zadowolony od rana, wiesz coś na ten temat? - zapytała z dziwnym rozbawieniem pani Duin, kiedy usiadłam obok niej, zaczęłam jeść płatki i zaczęłam się krztusić. - Tak myślałam. - zaśmiała się, a ja poczułam, że robię się czerwona.
          Po skończonym śniadaniu poszłam się ubrać. Dopiero w łazience spojrzałam przez okno i zorientowałam się, że wszystko pokryło się śniegiem. Od razu cała się rozpromieniłam. Uwielbiam śnieg, ale nie przepadam na zimnem. Człowiekowi nigdy się nie dogodzi. Ubrałam się w czarne rurki oraz cieplutką, obszerną bluzę z kapturem i śnieżynkami. Nie mogłam zapomnieć o skarpetkach, oczywiście musiały być w renifery. Chwilę później dostałam SMS'a od Xaviera, że będzie za pięć minut, oczywiście jak powiedział tak zrobił.
     - Ale zimno. Masz może kawę? - powiedział wchodząc do kuchni.
     - Coś się znajdzie. - odparłam z uśmiechem i zrobiłam mu rozgrzewający napój.
Wypił wszystko zaledwie kilkoma łykami i rzekł:
     - Dobra, trzeba zabrać się do roboty. - kiwnęłam głową, a on ciągnął dalej. - Masz jakiś pomysł?
Po chwili namysłu przypomniałam sobie, że na wielkim regale w salonie jest kilka książek, których babcia nie pozwalała mi dotykać, więc opowiedziałam mu o tym i zaczęliśmy poszukiwania.
         Byliśmy zaledwie w połowie, gdy nadeszła pora obiadu i pani Duin przyniosła genialną zupę z dyni. Przerwaliśmy poszukiwania i zjedliśmy razem z nią. Ojczym Xaviera miał wrócić dopiero dwudziestego trzeciego, więc staraliśmy się jak tylko mogliśmy, żeby nie czuła się samotna. W końcu całe dnie spędzała sama w domu. Mąż jeździł tirem, syn też w pracy, a podopieczna w szkole.
     - Znalazłam pracę. - oznajmiła nam wesoło, kiedy zaczęła zmywać.
    - Co będziesz robić mamo? - zapytał Xav. Miał skłonność do zbytecznej troski o innych.
     - Opieka nad starszymi w domu seniora.
Zauważyłam, że odetchnął z ulgą. Pani Duin najwyraźniej też to zauważyła i parsknęła śmiechem.
     - Xavier, martwisz się o mnie bardziej niż ja o ciebie. - powiedziała dławiąc się śmiechem.
Chwilę porozmawialiśmy o pogodzie oraz nadchodzących świętach, a potem pani Duin pożegnała się z nami śląc całusy i wróciła do domu.
   
     - Masz coś? - zapytał Xav, gdy skończyliśmy przeglądać księgi, a ja zrezygnowana rzuciłam się na sofę i potrząsnęłam głową.
     - Evangeline, wydaje mi się, czy coś wystaje zza portretu twojego dziadka?
Miał rację. Nad kominkiem wisiała ogromna fotografia dziadka, a za nią lekko pożółkła, złożona kartka.
Wstałam z kanapy, podeszłam i wzięłam ją do ręki.
     - "Rzeczywistość to nie tylko to co widzimy".... - przeczytałam na głos po rozprostowaniu kartki wielkości mniej więcej A5.
     - Co to znaczy? .
    - To samo zdanie jest na wycieraczce! - rzekłam, a on pokiwał energicznie głową i zapytał. - Tak, ale co to znaczy?
Wzruszyłam ramionami, a Xavier wtedy zaproponował:
     - Może poszukamy na poddaszu?
     - Świetny pomysł, ale trzeba będzie wziąć latarki.
Zaśmiał się z mojego tonu głosu, a ja poszłam do kuchennej szafki po dwie lampki na baterie.
          Musieliśmy przejść połowę domu, żeby dodstać się do schodów, ale w końcu się udało. U góry było naprawdę ciemno, tylko w niektórych miejscach wpadało przed okno światło księżyca, a kiedy włączyliśmy latarki widać było unoszący się kurz. Wszystko przykryte zostało białymi prześcieradłami, więc zaczęliśmy je ściągać, żeby wiedzieć na czym stoimy.
Odkryliśmy stary gramofon i nagrane ulubione piosenki babci, mój dziecięcy rower i rolki też znalazły tam swoje miejsce. Najciekawszym znaleziskiem był stary kufer, który miał trzy dziwne znaczki. Jeden z nich, ten który miał kształt liścia, najbardziej rzucił mi się u oczy.
- Na co tak intensywnie patrzysz? - zapytał Xavier podchodząc bliżej.
- Spójrz, to wygląda jak znaczek na kluczyku od babci.
Chłopak przyjrzał się dokładnie i pokiwał głową.
- Przynieś go. - stwierdził po chwili. Zbiegłam na dół, chwyciłam kluczyk i wróciłam z powrotem na górę.
- Mam. - rzekłam ledwo łapiąc oddech i podając mu kluczyk.
Po chwili zacmokał i powiedział:
- Są identyczne, tylko tu nie ma zamka.
Usiadłam po turecku obok Xaviera przy skrzyni.
- Popatrz. - wskazałam palcem malutki złotawy napis. - "RTNTTCW", czyli "Rzeczywistość to nie tylko to co widzisz"!
Po chwili zaświecił się kluczyk trzymany w ręce Xava oraz owy znaczek w kształcie liścia, a potem na kształcie pojawił się zamek.
- To pewnie jakiś szyfr! - powiedział, a ja pokiwała głową i rzekłam. - Tylko jak znaleźć pozostałe klucze?
Wzruszył ramionami i popatrzył mi w  oczy, a jego brązowe oko lekko błysnęło. Miał różnobarwność tęczówek, jedno brązowe, a drugie niebieskie. Po chwili równocześnie pokazaliśmy na siebie i powiedzieliśmy:
- Hej, twoja tęczówka błysnęła.
Po czym zaczęliśmy się śmiać, tak bardzo, że aż rozbolał mnie brzuch. Potem wróciliśmy na dół, zjedliśmy kolację, a następnie Xavier poszedł do domu.
W późniejszych dniach znów nie było czasu, żeby rozmyślać nad zagadką. Ja cały czas pomagałam pani Duin w przygotowaniach do wigilii, a Xavier nie mógł dostać wolnego wcześniej niż od Świąt.
Coś zmieniło się z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego grudnia. Miałam wtedy sen, który dodał więcej pytań niż miałam. 

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Kraina - rozdział I - Cisza przed burzą

****
Hejo ludziki ;)
Spóźnione życzonka świąteczne i SZCZĘŚCIA W NOWYM ROKU!!!
W końcu rozdzialik, krótki, ale jest xd, więc czytać ;D.
****

Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią, co nie? Czasami nikt się z nami nie zgadza, mimo, że mamy rację.

     - Bez niej jest tak cicho... - szepnęłam do siebie, kiedy stanęłam przed domem babci. Było już tak późno i ciemno, ale ja nie czułam zmęczenia, czułam po prostu... tęsknotę. Klucz z  breloczkiem w kwiatki jak zawsze leżał pod wycieraczką z wytartym już napisem "Rzeczywistość to nie tylko to co widzisz". Zawsze zastanawiało mnie co to znaczy, raz nawet zapytałam o to babcię, a ona odpowiedziała: "Wiesz kochanie, czasem nie wierzymy w rzeczy, które odbiegają od normy i przez to większość ludzi jest tak ograniczonych". Takie to nostalgiczne.
          Wzięłam klucz spod wycieraczki i otworzyłam drzwi. Znalazłam się w tak dobrze znanym mi niewielkim korytarzyku, którego ściany zdobiła kwiecista tapeta a na niej pełno zdjęć. Byłam na nich ja, ona, dziadek, którego nie pamiętam i... mama z tatą. Byłam na nich wściekła i miałam ochotę roztrzaskać na kawałeczki ramkę z ich zdjęciem ślubnym, ale nie zrobiłam tego. Po prostu zdjęłam buty oraz kurtkę i założyłam moje fioletowe wełniane kapcie. Nie musiałam się martwić, że zmarznę, bo odkąd babcia zachorowała rodzice zamontowali u niej gazowe ogrzewanie, być może to była jedyna dobra rzecz jaką zrobili. Następnie udałam się na przechadzkę po domu i wspominałam każdą spędzoną z babcią chwilę. Stanąwszy przed drzwiami łazienki przypomniałam sobie, że nie myłam się od ponad 24 godzin, dlatego też wskoczyłam szybko pod prysznic i się przebrałam. Potem udałam się do obszernego salonu, który był w najróżniejszych odcieniach błekitu, zawsze ciekawiło mnie skąd babcia miała tyle zabytkowych mebli. Siedziałam właśnie na takim starym, granatowym fotelu, okryta ukochanym kocem w żłówiki i zapatrzona w ogromny regał z książkami i ablumami, gdy nagle do pokoju wszedł Xavier.
     - Zostawiłaś otwarte. - powiedział, na co ja tylko kiwnęłam głową. Po krótkiej chwili usiadł na przeciwko mnie na granatowej sofie. Siedzieliśmy tak i co jakiś czas zerkaliśmy na siebie. Dzięki niemu czułam się bezpieczna i spokojna, do czasu kiedy do salonu wparowała moja mama z tatą.
     - Dziecko dlaczego nie odbierasz telefonu?! - zapytała mama rzucając mi sięna szyję, a ja tylko przewróciłam oczami i odpowiedziałam: - A wy odbieracie moje?
Mama zaniemówiła i spoglądała na tatę, który spuścił głowę. "No właśnie" - pomyślałam. Po chwili zauważyłam, że Xav wymknął się i dał mi szansę na powiedzenie rodzicom co naprawdę myślę, więc skorzystałam z okazji.
     - Nie było nas tak długo, ponieważ.... załatwialiśmy sprawy rozwodowe. - Powiedział w końcu tata.
     - To nie twoja.... - rzekła mama.
     - Nie moja wina? - dokończyłam za nią. - Czy wy myślicie, że nie słyszałam waszych kłótni, że się przez nie nie budziłam, ŻE KIEDYŚ PRZEZ NIE NIE PŁAKAŁAM?!
Oboje opóścili głowy.
     - Wybacz.... - powiedzieli równocześnie, po czym tata rzekł: - pogrzeb babci będzie jutro, już to załatwiliśmy. Tak, fajna data 1 grudnia. Są to akurat urodziny babci.
     - I jeszcze jedna, a właściwie dwie sprawy. - rzekła mama. - W wigilię nie będziemy razem, bo mamy wtedy rozprawę rozwodową. Ale od pogrzebu babci zajmować się tobą będzie pani Duin.
Wybałuszyłam na nią oczy i wyjąkałam:
     - Co?
     - Ja wyjeżdżam do pracy w Japonii, a twój ojciec do Turcji, dlatego pani Duin zostanie twoją opiekunką.
"To ułatwia sprawę!" - Powiedziałam w myślach.
     - Na jak długo? - zapytałam.
     - Nie wiem... - odpowiedziała mama.
     - Ale ja zamieszkam tutaj.
     - Właśnie dlatego to pani Duin jest twoją opiekunką.
Kiwnęłam głową, a oni przytulili mnie i wyszli. Przez chwilę biłam się z myślami, ale hej, to naprawdę ułatwiało sprawę.
          Następnego dnia odbył się pogrzeb babci. Wszyscy składali wyrazy współczucia, to takie frustrujące. Praktycznie cały czas płakałam, Xavier ze mną i wzajemnie się pocieszaliśmy.
          Tak czas mijał. Rodzice wynieśli się na dwa różne końce świata, ja w domu babci pod okiem pani Duin, chodziłam do szkoły w Scraffild.
Wszystko wydawało się takie normalnie, aż za normalne, bo nie wiedziałam, że prawdziwa przygoda dopiero przede mną.